wtorek, 29 marca 2016

Niekoniecznie o pisankach, ale równie kolorowo...

Samice Korysa (gatunek ryb), w obecności samców (czynnik stresogenny) - wydzielają estrogen. Gdy samiec (dowódca haremu), w "niewyjaśnionych okolicznościach" opuszcza swoje stanowisko, samice zaczynają żyć. I to jak! Najsilniejsza z nich nie tylko przejmuje "dowodzenie", ale i zwiększa się jej masa, ciało wydłuża się o kilka centymetrów, a jajniki... przekształcają się w jądra!
Tym samym samica staje się pełnoprawnym samcem. Chciałoby się powiedzieć: "Kota nie ma, myszy harcują". ;) No cóż... Z przyrodą nie ma żartów. Tak jest i tyle. Koniec kropka.
Podobnie jest (niestety!) z ludźmi. I nie, nie chodzi mi tu o operację zmiany płci(!), a o bardziej prozaiczną rzecz, czyli ich ubiór.
Dzisiaj na tapecie modowy freestyle z jajkiem i kurczakiem w tle. #WujekSamoZło melduje się na posterunku!

Wylęgarnią (= sprzyjającym środowiskiem), dla modowych koszmarów, są... święta. Wiesz jak jest. W tygodniu, to tak nie wypada. No bo praca - te dress code'y jakieś takie powymyślali, szkoła, urząd, odział, służba, tamto i owamto. Jakoś ten "wizerunek" trzeba ogarnąć, no nie powiesz, że nie. Ale, niech się tylko jakieś święto nawinie, to "mnoży się to cholerstwo..." Choćbyś prosił, błagał, pogrzebaczem groził - nie ma szans. "W końcu jedyna taka okazja, można by powiedzieć. Gdzie i kiedy jak nie teraz? Niech patrzą i podziwiają jaką to sukieneczkę wychaczyłam czy szpileczki kupiłam." A panowie? Niby tacy obojętni, ale i garnitur się znajdzie, marynara jakaś, a i lakierkami nie pogardzą. A co! Będą goście, dużo ludzi, no to trzeba się pokazać. No weź przestań! Taką okazję zmarnować!? Nigdy!
Nie marnują jej zwykle dwie grupy osób - przyjezdni i tzw. ubraniowi masochiści.

Pierwsza grupa, to przepraszam za uogólnienie, ale w dużej mierze studenci i rodzina "zza oceanu". Bardziej świadomi (nie tylko własnego stylu, ale i... - nie oceniam, a jedynie zwracam uwagę), nieco odważniejsi, można by powiedzieć: bardziej trendy. (Tak, też jestem studentem. Dlatego obraz "studiującego studenta" nie robi na mnie żadnego wrażenia. #sorry) Z wielkomiejskim przelotem. (Bynajmniej nie polotem.) Trochę tacy #on_the_edge domu i podwórka. #bozsz_jaki_hejt
Tutaj, że niby jakiś szaliczek, o! przepraszam - komin, ramoneska, trampki - co to pół światu w nich pomyka, modna torba, szpilki nie najgorsze nawet (z flekami przynajmniej!), dopasowany garnitur, dobre buty, a i płaszcz daje radę. Generalnie widać, że coś więcej widzieli. Na pewno więcej niż w tej galerii co, to wyjście widać zaraz jak się wejdzie. Niby nie jest źle, ale coś jednak nie bardzo. Tak jakoś plastikowo. Za bardzo o jedną chęć. Na pokaz. Czy coś w tym złego? Ależ skąd. Tylko... tak... patrzeć się na to nie da. Bo jak się musi wypoprawiać więcej razy niż to wszystko warte, to... słabe to trochę. Ale plus za świadomość... Może niekoniecznie tą ubraniową.

No i moi ulubieńcy. Czyli ci, którzy generalnie ni huhu z modą, ale jak się trzeba wystroić, to tak, że słów brak. Przykład pierwszy z brzegu - mój uroczy sąsiad. Taki on uroczy jak i ja... ale chłopaczyna chciał się e l e g a n c k o ubrać, no i popłynął. Nie wiem jaki czort mu to powiedział, czy (o! zgrozo) - gdzie to widział, ale nagłowił się przy tym swoim stroju, fest. Tak chciał polecieć, że niby trochę modnie, trochę klasycznie, a jednocześnie w swoim stylu. Taa... Więc do powyciąganych, za długich - rzecz jasna - jeans'ów, przywdział białą koszulę. Koszula jak koszula. Kompletnie od czapy, bo od razu widać, że ciągnie drugie życie, no i pasuje ona (koszula) do tych dżinsiorów jak... Ale chwilunia, to nie koniec! Ten mariaż stylu i klasy spięła w całość gargantuicznych (wręcz ubóstwiam to słowo) rozmiarów marynarka - szara, błyszcząca, tzw. garniturowa. No marynarczysko, jak się masz. On, a nie mówiąc już np. o mnie, zmieściłby pod nią jeszcze dwóch równie eleganckich gagatków. A! Zapomniałbym o butach. Białe znoszone adidasiory. Nie mam słów.
Ale bardzo, no bardzo widać był z siebie dumny, że się tak w ten uroczysty dzień zestroił. Ależ to... wzruszające. #łezka
Panowie zawsze potrafią doprowadzić mnie do łez... Nawet nie wspominam, o tych którzy w ten szczególny dzień postawili na za duże garnitury, za długie rękawy czy za długie nogawki. #oversize Nie mówię o tych, którzy stracili szyję, zakładając płaszczę z epoletami i poduszkami, nie mając do tego ani wzrostu ani szyi żyrafy. Nie wspomnę już o tych, którzy olali całkowicie sprawę - na nich szkoda moich cennych słów. #ceni_się
Nieco, powtarzam nieco(!) swoje notowania poprawiły panie. Chociaż nie obyło się od kozaczków skracających nogi, tnących w najszerszych miejscach łydy - spódnic, króciusieńkich sukieneczek (że prawie widać, to czego widać być nie powinno), przedziwnych zestawień wzorów i kolorów, stukających po posadzkach zdartych obcasów (fleki? a co to takiego?) czy za dużych, za długich, niedopasowanych fatałaszków, które po raz kolejny, wystawiły na próbę moją estetyczną wytrzymałość.

Tak to mniej więcej wygląda z perspektywy widza. Widza świadomego i na domiar złego - szczerego. Nieludzko szczerego. Który nie odpuszcza - wszystko widzi i wyciąga na światło dzienne. Który, palcem wytknie. Tak od razu? Gdzież tam! Po co palcem, można słownie. Z uśmiechem, przez zaciśnięte zęby. "Świata nie zmienisz, choćbyś nawet chciał." Za to ubolewać można. Nad lenistwem, obojętnością, pozerstwem i hipokryzją. Uświadamiać. Uczyć nawet. A co z tym zrobią? Ich sprawa.

Charles Bukowski mawiał: "Robienie nudnych rzeczy w stylowy sposób jest znacznie lepsze, niż robienie tych niebezpiecznych bez stylu." Czyż nie miał racji? Ileż piękniejszy byłby świat, gdyby nie te wszystkie "stylowe" próby...

2 komentarze:

  1. Wiesz, że uwielbiamy czytać Twoje wpisy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo miło mi to słyszeć. Dziękuję. :) Już niebawem kolejny wpis. ;)

      Usuń