piątek, 30 października 2015

Be bold, be brave, be brilliant!

Moi Drodzy! (Jak tak zaczyna, to będzie ciekawie…)

Jak już pewne zauważyliście jakiś czas temu, w przypływie euforii, w sposób niesamowicie lakoniczny, podzieliłem się z Wami pewną informacją. (Skądinąd bardzo dobrą.) Wasza reakcja na tego #newsa była niezwykle pozytywna.  Polubienia, komentarze, wiadomości w stylu: „Co? Jak? Gdzie? W ogóle skąd? Gratulacje!” – były naprawdę miłe. Trwając w swoim chytrym planie, grania na emocjach tych najbardziej mi „przychylnych” osób, postanowiłem nie mówić za wiele. Wiecie jak jest. Powiedzieć za dużo, jeszcze pod wpływem emocji jest bardzo łatwo. Gorzej, kiedy z tego co się powiedziało, trzeba ¾ odwołać. Dlatego kosztem Was – DziuQusie – nie mówiłem czy jak kto woli, nie chwaliłem się niczym i w zasadzie też nikomu. (No może poza kilkoma osobami. ;)) Zadowolony, bez zbędnego balastu w postaci presji otoczenia, wyruszyłem do Poznania.
Ktoś powie: „Robi tajemnice, jakby nie wiadomo co się działo”. No trochę tak i trochę nie. Nie mam zamiaru tłumaczyć się z tego, że tak a nie inaczej podchodzę do „ogłaszania” światu, że „coś” mi się udało. Na chwilę obecną, nie potrafię wzorem innych powiedzieć, że prowadzę tak „wspaniałe życie”, że w ogóle: „Piszcie, dzwońcie, a ja chętnie odpowiem na każde Wasze pytanie dotyczące  mojego wspaniałego życia”. #sorry Może to mój błąd, a może wartość dodana… #whoknows
Nie mniej jednak, jak się powiedziało A – mówiąc, że po powrocie opowiem co i jak, to trzeba powiedzieć też i B – dotrzymać słowa. A no właśnie. Wszystko pięknie ładnie, (w chwili obecnej mija piąty dzień od mojego powrotu), a tekstu ani widu, ani słychu. Tzw. podsycajka ciekawości poszła w świat, a tekstu jak nie było tak nie ma. I chyba nie będzie, bo… (Zanim zaczniecie rzucać w swój ekran „mięsem”, chwilę zaczekajcie.)
Pierwotnie, albo inaczej do dzisiaj rana, był tu tekst w połowie już napisany, na 7 i pół tysiąca znaków. Elaborat jak się masz. Był i się zmył. Koniec kropka. (#trochęświr, ale to już chyba każdy z Was wie.)
Nowy dokument, nowa strona. Pojechałem do Poznania i…


„Jak to się zaczęło”

Wszystko zaczęło się od znamiennego zdania, wypowiedzianego przez poznaną we Francji, Zosię. A brzmiało mniej więcej tak: „(…)Czego od razu żałować, po prostu spróbuj i tyle.” #siadło (I to tak, że słyszę je do teraz.) I kolokwialnie mówiąc, poszło! Co? Staranie się o (wtedy) prawdopodobny udział w 9 edycji Art & Fashion Forum by Grażyna Kulczyk.
Po powrocie do Polski: szybki research, masa wątpliwości (jakże by inaczej…), ale koniec końców, w niespełna kilka godzin udało mi się coś sensownego „urodzić”. Praca, portfolio, opis mojej osoby, a także uzasadnienie, który zmysł najlepiej do mnie pasuje – poleciały w świat. A propos zmysłów. Musicie wiedzieć, że 9 edycja Art & Fashion Forum poświecona została pięciu zmysłom („Five Senses”), w oparciu które należało stworzyć pracę, stosowną dla danego warsztatu. Warsztatu, w którym chcielibyśmy uczestniczyć, biorąc udział w Art & Fashion New School. A do wyboru było aż 7 kategorii, spośród których ja wybrałem Fashion Writing.
Nie pokładając większych nadziei na zakwalifikowanie się, kompletnym zaskoczeniem był telefon, jaki otrzymałem w poniedziałkowy poranek, 1 października. Otóż, okazało się, że moje „wypociny” dostały zielone światło i tym samym dały mi możliwość wzięcia udziału w 10 dniowych warsztatach w Poznaniu, prowadzonych przez Marcina Świderka!


Top secret


I… Co dalej! No właśnie nic. To, co przeżyłem, kogo poznałem, i co usłyszałem (również na swój temat!), pozostanie tam gdzie powinno – w mojej pamięci i sercu. Wiem, wiem, jestem emocjonalną łajzą. No cóż. Taki już jestem. Raz bezlitośnie szczery, raz (bardzo rzadko, ale jednak!) nieludzko wrażliwy. Dlatego wybaczcie mi, ale nie mogę i nie chce żeby wszyscy wiedzieli o wszystkim. Nie tym razem. To mój świadomy wybór i biorę za niego pełną odpowiedzialność.
Powiem Wam jedno – było warto! To, że ostatecznie nie wygrałem, wcale nie oznacza, że przegrałem. Na swój sposób wygrałem. Wygrałem dwa tygodnie obcowania z ludźmi, którzy nadają na tych samych falach co ja. Myślą, mówią, a przede wszystkim robią, rzeczy dla mnie szalenie ważne. Poza tym są profesjonalistami, genialnymi ludźmi i totalnymi freakami. Uwielbiam ich za to i pękam z dumy, że dane mi było ich poznać. Dlatego po raz tysięczny bardzo, ale to bardzo Wam DZIĘKUJĘ! <3
Wyróżnię jedynie kilka osób, ale UWIELBIAM Was wszystkich! Dziękuję mojemu (naszemu) mentorowi Marcinowi za to, że jest tak genialnym, prze zabawnym i prawdziwym kolesiem. (Nigdy nie zapomnę Twojej gestykulacji, mimiki i trafnych komentarzy!) Dziękuję Piotrowi Buckiemu – za świetny wykład i pomocne rady, Marcie Siembab, Ewelinie – wiesz za co, Olce Osadzińskiej – za wywiad, Adamowi i Marcie czy przecudownej Pani Alinie Wheeler. Wszystkim, których nie sposób teraz wymienić – dziękuję.
Wam moi kochani warsztatowicze również należą się podziękowania i gratulacje. Jesteście super! Moja kochana „Królowa plis” Tamara, niezastąpiona ilustratorka Mona, pozytywnie zakręcona Daria czy wciąż sama do siebie dzwoniąca Aneta – dzięki za wspólnie spędzony czas!
No i na koniec moja kochana trójka aborygenów z „Australii” – Aga, Dastin i Jagoda. Nie tylko najlepsi współlokatorzy #ever, ale też niesamowici przyjaciele. Dzięki kochani! <3


Specjalne podziękowania należą się Pani Grażynie Kluczyk, Anji Rubik i W P Onakowi, a także wszystkim koordynatorom, wolontariuszom i sponsorom – bez Was to by się nie udało!


P.S.
Właśnie dlatego zaniechałem zbędnego rozpisywania się. Bo wychodzi z tego laurka, w którą później nie wiele osób wierzy. Zresztą… #whocares!


Q

2 komentarze: